czwartek, 28 stycznia 2010
sobota, 19 grudnia 2009
_moje ostatnie doświadczenia i wrażenia w krzywym zwierciadle dzisiejszego snu przedstawiają się następująco: Impreza w moim mieszkaniu. Co najmniej kilkanaście osób krąży z drinkami od jednego kąta do drugiego. Wchodzi koleżanka i pyta, czy może założyć moją nową sukienkę. Kieruję ją do szafy. Otwiera ją i wyrzuca z niej po kolei wszystkie rzeczy. Na samym końcu znajduje sukienkę. W toalecie odpada kibelek. Zostaje sama dziura w podłodze. W kuchni psuje się pralka i z impetem wycieka z niej rzeka wody. Ponieważ podłoga jest krzywa, woda przelewa się do przedpokoju. Po drodze zabierając ze sobą ubrania. Ludzie taplają się po łydki w wodzie. Dziura po kibelku wciąga wielkim wirem ciuchy. Krzyczę, żeby je łapali, bo się zatka. Nie nadążają. Ja w przedpokoju zbieram szufelką wodę. Wodę wylewam na klatkę schodową. Podczas wynoszenia kolejnej miski, niechcący zachlapuję białą – dobrze mi skądinąd znaną - koszulę jednej dziewczynie. Przepraszam ją i wołam do łazienki, deklarując, że szybko przepiorę. Ta rozbiera się cała. Ma penisa – we wzwodzie na dodatek – i owłosione uda. Nieco zawstydzona siada na brzegu wanny, podkurczając nogi. Trzęsie się z zimna. Otulam ją ręcznikiem. Piorę bluzkę. Ręce mi krwawią i z jednej strony czyszczę plamy po wodzie, a z drugiej nieświadomie brudzę bluzkę krwią. Woda wylewa się z pralki z jeszcze większym impetem. Wołam chłopaka, żeby pomógł w toalecie wyciągać z dziury ubrania. On chodzi od jednego gościa do drugiego i z każdym pije po kieliszku wódki. Dzwoni telefon. Mama – tata miał wypadek. Stop. To by było na tyle.
środa, 25 listopada 2009
_po raz kolejny przeanalizowała niepokojącą tendencję, która w sposób istotny wpływa negatywnie na jej samopoczucie. Aby zminimalizować problem, opracowała skrupulatnie plan działania, który choć prosty w swej zasadzie, przy odpowiedniej dawce wysiłku, silnej woli i samodyscypliny, ma przynieść małą rewolucję. Czas na zmiany.
wtorek, 24 listopada 2009
_bywa, że zanim jeszcze na dobre się przebudzę, widzę w myślach swoje poprzednie mieszkanie. Otwieram oczy i zamiast czerwonej ściany i pięknego widoku na niezbyt urodziwe, ale jednak prawdziwie moje miasto, widzę regał, na którym jest kilka książek i kwiatek, jak mniemam w ostatniej fazie swego żywota. Za oknem zamiast miejskiej panoramy i ludzi wielkości zapałek, widzę korony bezlistnych drzew, kilka wstążek przecinających się chodników, na których od czasu do czasu przechadza się jakaś ludzka istota z psem. Brakuje mi dźwięków nieustannie przejeżdżających karetek i zapowiedzi na dworcu PKS. Kiepsko zaopatrzonego spożywczaka na dole i poczucia, że wszystko, czego potrzebuję do mojej egzystencji i szczęścia znajduje się w promieniu pięciuset metrów. Pracy oddalonej o sześć minut dynamicznego spaceru i przynajmniej trzech wspaniałych ludzi, którzy codziennie witali mnie tam ze szczerym uśmiechem na ustach. Przyjaciół, którzy zawsze mieli po drodze i rodziców, którzy dbali, aby moje codzienne zapotrzebowanie kaloryczne przewyższało wszelkie normy dietetyczne. Tęsknię.
poniedziałek, 23 listopada 2009
|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
AUTORKA
CZYTANE
INNI
|